Zdobywanie Berlina, czyli życiówka w półmaratonie

​​​​Kwietniowy wypad do Berlina można określić jako citybreak, choć chyba trafniej byłoby jako cityrun

Michał po nieudanym starcie w Walencji postanowił po raz kolejny zmierzyć się z półmaratonem. Wpis ten zatem nie będzie w liczbie mnogiej, jak zazwyczaj. Prosimy o wyrozumiałość 😉

A zatem:

Na półmaraton w Berlinie zapisałem się kilka dni po powrocie „na tarczy” z Hiszpanii (październik 2017 – można przeczytać tutaj). Walencja choć piękna, nie pozwoliła mi na cieszenie się z rekordu życiowego, a że z porażek trzeba się szybko podnosić to „na przełamanie” trafiło na stolicę Niemiec. Zawody tam organizują mądrze i trasy są „szybkie”. Dla mieszkańców biegowa impreza to święto i okazja do zabawy (a nie jak w Polsce paraliż miasta i marudzenie). Organizator zapowiadał kilkadziesiąt tysięcy kibiców na trasie (było ćwierć miliona).

Refleksję na dziś (z perspektywy startu, a właściwie to mety) mam taką, że w  tym bieganiu nie o same zawody chodzi, a o czas poświęcony na przygotowania. O te wszystkie dni, tygodnie i miesiące konsekwentnych zmagań z własnymi słabościami, brakiem czasu, obowiązkami codzienności i zwyczajną zimową porą ze smogiem i niską temperaturą za oknem.

Figiel cały nie polega na tym, aby zawody ukończyć, ale na tym, aby obrać sobie cel i się do niego konsekwentnie przygotować.

Jestem zdania, że każdy byłby w stanie w określonych warunkach ukończyć dłuższy bieg. Zatem to nie udział w zawodach charakteryzuje biegacza, maratończyka, czy nawet sportowca amatora, a codzienna rutyna. To cierpliwość, dyscyplina i żmudne dążenie do celu. Nie zatem o wynik chodzi, a o styl codzienności.

Jeszcze w grudniu rozpisałem wszystko na czynniki pierwsze. Objętość, wytrzymałość, szybkość, siła. Wyliczyłem na podstawie tabel prędkości, czasy i tempa. Rozłożyłem w kalendarzu do kwietnia praktycznie każde popołudnie i… zacząłem trenować.

Maria wspaniale zadbała o to, abym miał zawsze dobre paliwo i energię do biegania (nigdy nie jadłem lepiej). I pierwszy raz chyba w przygodzie biegowej odpoczywałem. Więc jak czytam „nie chce się, pogoda zła, ale trening być musi”, to mnie skręca, bo otóż NIE MUSI. Lepiej odpocząć, zregenerować się. Lepiej odpuścić i nie wyjść z domu niż człapać bez sensu w kółko po dzielnicy tylko po to, aby wyklepać kilometry. Koleżanka kiedyś napisała, że „dobry i zły trening może trwać tyle samo” Ja się pokuszę o zdanie, że „dobry trening może trwać nawet krócej”.

Nigdy nie miałem w przygotowaniach mniejszej ilości kilometrów. Nigdy też w przygotowaniach nie biegałem całych treningów poniżej 4:00 min/km. Nie zdarzało mi się wcześniej treningowych „dyszek” pokonywać w 38 minut z hakiem.

Dlatego też na starcie w Berlinie na końcu szerokiej alei Karola Marksa miałem tętno na poziomie 90. Byłem w miarę spokojny. Wiedziałem, że odrobiłem zadanie i nic złego nie może mnie spotkać.

Wiedziałem dobrze, że 3:47 min/km daje mi wynik, po który tu przyjechałem.

Miałem pełną świadomość  tego, że jestem dobrze przygotowany i dlatego po pierwszych kilometrach które wychodziły w okolicach 3:35-3:40 nie zwolniłem. To właśnie był ten moment, na który czekałem. To był czas, aby sięgnąć wyżej, aby skoczyć ponad przepaścią, przed którą hamowałem. Zatem zamykam oczy, zaciskam zęby iiiiiiii………

I wiem, że dla osoby, która nie biega wcale lub od czasu do czasu wychodzi na pętelkę nie będzie miało znaczenia, czy kilometr przebiegnie o kilka sekund szybciej, czy wolniej. Dla mojego marzenia miało to znaczenie wielkie, dla mojej głowy było to kluczowe, dla mojego samopoczucia bezcenne.

Dałem radę. Zrobiłem to. Wydarłem z tych dwudziestu jeden kilometrów wszystko, co mogłem. Wbiegłem na metę o całe 66 sekund przed zakładanym jeszcze jesienią czasem.

Czy ta minuta i kilka sekund to dużo? Czy to coś oznacza? Tak, te kilkadziesiąt sekund robi ogromną różnicę pomiędzy realizacją marzeń a porażką.

Bo w bieganiu nie chodzi o to, aby łapać się na dolne limity, ale aby przekraczać górne granice. I generalnie w życiu chodzi o to samo.