2:54:37

I ran. I ran until my muscles burned and my veins pumped battery acid. Then I ran some more.

Rok 2018 był najlepszym rokiem mojego amatorskiego biegania. Poprawiłem swoje dotychczasowe wyniki na 10 km, w półmaratonie i maratonie. I cieszy mnie fakt, że mimo upływającego czasu, a jestem już w tym wieku, że czasem zaczynam liczyć te dekady, wciąż jeszcze potrafię zaskoczyć sam siebie oraz nie odpuszczać na dystansie kolegom o 10 lat młodszym. Ale od początku.

Zacznijmy kontrowersyjnie: nie uważam za wielki wyczyn pokonanie maratonu.

Choć pamiętam że po pierwszym czułem się dumny, jak paw. Do momentu, kiedy się okazało, że koleżanki z poznanej wkrótce po starcie grupy biegowej pokonują ten dystans o godzinę szybciej. Entuzjazm opadł, a ja z podziwem dla Pań, ale też z podkulonym ogonem postanowiłem wziąć się za biegnie. Warto nadmienić, że ten pierwszy maraton ukończyłem dwa tygodnie po decyzji, że w nim wystartuję.

A marzyłem o tym od dziecka

W kolejnych latach mijałem na trasie żonglerów, osoby biegnące tyłem, przebierańców i innych uczestników, dla których “królewski dystans” jest swoistego rodzaju rozrywką bardziej niż wyzwaniem sportowym. Każdy świat postrzega jak chce i dla każdego ten dystans może mieć inną symbolikę. Dla wielu może być jedynie zabawą, próbą charakteru, corocznym resetem, czy wyzwaniem sportowym poprzedzonym wielomiesięcznymi przygotowaniami.

W szkole podstawowej zdecydowanie więcej czasu spędziłem na tartanie niż na boisku kopiąc piłkę i ta przygoda wyżłobiła mocne bruzdy w głowie. Dlatego chyba z racji bardzo głęboko zakorzenionej od dziecka ambicji i poczucia, że wszystko można lepiej ten dystans 42 195 m był wyzwaniem i dziecięcym marzeniem, do którego trzeba było dorosnąć.

Z roku na rok pokonywałem matron szybciej, ale dopiero po 4 latach pobiegłem tak, że na mecie byłem naprawdę zadowolony. Za każdym razem stawałem na linii startu z planem gotowy do podjęcia wyzwania, a przynajmniej tak mi się wydawało. Na przestrzeni lat wyglądało to mniej więcej tak: w 2013 miało być 3:15. I prawie było, bo na mecie miałem 3:16. Niby nic, niby minuta, ale mimo wszystko się spóźniłem. Przegrałem. Tylko sam ze sobą, a może właśnie aż sam ze sobą.

W 2014 już biegłem z nadzieją na to popularne wśród amatorów “złamanie trójki”. Podczas Orlen Warsaw Maraton pojawiłem się na mecie z nową życiówką, ale było to 7 minut po czasie. Odcięło mnie w drugiej części dystansu. Odbiłem się od “ściany”. Chciałem szybko zatrzeć tę porażkę i postanowiłem 6 tygodni później w Krakowie z zupełnie inną taktyką przebiec Cracovię. Na mecie 3:06.

W 2015 roku ponownie atakowałem 3h, a skończyło się jeszcze gorzej niż rok wcześniej i nigdy nie byłem na mecie bardziej zły. I wiem, że wiele osób może powiedzieć, że to i tak niezłe i przyzwoite bieganie, ale cel to cel, wyzwanie to wyzwanie. Nawet jeśli to tylko głupie (choć symboliczne liczby). I dopiero w 2016 roku, kiedy po raz kolejny stanąłem w obliczu maratonu (wcale nie do 3 razy sztuka, jak się okazuje) złamałem tą cholerą granicę 3 godzin na dystansie królewskim.

W Paryżu pod Łukiem Triumfalnym zameldowałem się po dwóch godzinach pięćdziesięciu dziewięciu minutach i dwudziestu czterech sekundach. To miał być koniec przygody z maratonem. Cel został osiągnięty.

Jak z każdym jednak nałogiem, tak i tu “koszmar” powrócił. Wystarczyło jedno hasło znajomego “a może maraton na jesień? Malaga? Porto?”, abym z miejsca się zgodził. W moim podejściu do biegania bardzo wiele się zmieniło. Postawiłem zdecydowanie na jakość. Poprawienie wyniku z maratonu wydawało się opcją właściwą i ciekawym wyzwaniem. Smaku dodawał fakt, że wiosną przygotowałem się do półmaratonu, gdzie udało mi się poprawić trzyletnią życiówkę o ponad 2 minuty (1:18:54).

Wybór padł na Porto, a że maraton jest tam na początku listopada, to cała zabawa zaczęła się w lipcu. Z pomocą po raz kolejny przyszedł Daniels (nie ten od butelki, a ten od biegania). Czytelna tabelka. Tygodniowy kilometraż, odcinki w tempie maratońskim, odcinki progowe, wybiegania. Tu 15 km, tam 24 km. Tydzień ma 7 dni. Wychodzi, że trzeba biegać ponad 90 km i to biegać, a nie dreptać. Cóż w tym zatem trudnego. Prawa, lewa, prawa, lewa.

Godzinka, półtorej, czasem 2 z minutami i w teorii przepis na dobry wynik gotowy.

W praktyce wygląda to tak, że wychodzi się (prawie) codziennie. Nie raz na tydzień, nie dwa razy w tygodniu. Nie przez pięć dni, ani nie przez dwa tygodnie. Wychodzi się prawie codziennie przez 4 miesiące i momentami na granicy bólu, a prawie zawsze poza granicą komfortu biega się właściwe odcinki w odpowiednim tempie. Oczywiście pamiętając o tym, że jest się tylko amatorem, robi się to po pracy, a czasem i przed jeśli plany i życie towarzyskie ma tym bieganiem nie być przysłonięte. Po drodze też nie można zapominać o pasjach, a że rok 2018 mieliśmy pod pewną ideą, to w tym czasie po drodze byliśmy w Czarnogórze, spędzaliśmy weekendy w Tatrach, odwiedziliśmy Przyjaciół w Paryżu i objechaliśmy (tudzież opłynęliśmy autem) w 4 dni większość Szkocji.

Być maratończykiem (z pozycji amatora) to umiejętność bycia cholernie konsekwentnym i upartym człowiekiem.

Da się? da się! Trzeba tylko chcieć.

Wynik na mecie przebił moje skryte biegowe marzenie. Głośno mówiłem, że biegnę poniżej trzech godzin. Po cichu nieśmiało szeptałem, że w granicach 2:57, a w myślach marzyłem o wyniku poniżej 2:55 (kwalifikacja bez losowania na Nowojorski Maraton, choć tego akurat dokładnie nie brałem pod uwagę).

Z każdym dniem moja głowa stawała się coraz mocniejsza i przeświadczenie o dobrym wyniku rosło. Potwierdzały to międzyczasy i przede wszystkim radość z wychodzenia na treningi. Nawet te najdłuższe. A treningów na dystansie 30 km wykonałem chyba 6. Zdecydowaną większość samemu.

Kryzys, a wręcz irytacja pojawiła się dopiero na kilka dni przed startem. Od środy (będąc już w Lizbonie) z coraz większą rozpaczą spoglądałem na prognozy pogody. Na weekend w Porto zapowiadali deszcz i wiatr. Na początku 15 km/h, później 19 km/h, 24 i 27. Zacząłem nawet sprawdzać kalendarze biegowe i rozważać opcję szybkiego odwiedzenia Malagi, czy Florencji. Tylko z racji startu w zawodach. Można się przygotować dobrze (i właściwie się prowadzić z jedzeniem i regeneracją) całymi miesiącami, ale kilkunastu kilometrów wzdłuż oceanu w deszczu z wiatrem przekraczającym 25 km/h nie da się przebiec z życiowym rezultatem. Bo co z tego, że pierwsza część będzie z wiatrem, jak będzie trzeba wrócić.

Metę przekroczyłem po 2 godzinach 54 minutach i 37 sekundach.

Dla zainteresowanych:

Najszybszy kilometr miałem gdzieś koło 38. Właśnie tam, gdzie wiało (na szczęście nie w takich porywach) i gdzie już stawka biegaczy była mocno rozciągnięta.

Do połowy w kilkuosobowej grupie rozbijaliśmy sobie powietrze i chowaliśmy się za siebie niczym dobrze współpracująca ucieczka kolarska. Jednak po 25. km lekko zaczęliśmy “pękać” w szykach. Zaczęły pojawiać się dziury. Mnie zimna kalkulacja nie opuszczała od samego początku i nawet, kiedy lekko grupa zaczęła mi uciekać, nie starałem się na siłę przyspieszać. Tempo utrzymywałem między 4:05-4:10 min/km. Po początkowym przepychaniu się na pierwszych kilometrach było w miarę komfortowo.

Na 20 km w okolicach charakterystycznego dziewiętnastowiecznego mostu Luís I (symbol Porto) krzyknąłem do Marysi, że jest dobrze. Półmetek zaliczyłem 1:27:28 i zanim się zorientowałem i wszystko podsumowałem do tego momentu, to minąłem już oznaczenie “25”. Pomyślałem, że kolejny punkt będzie na “30”, a tyle przecież wiele razy zaliczałem na treningach (z Huty na Salwator i z powrotem wychodzi idealnie 30 km). Minąwszy ten znacznik pojawiła się kolejna myśl w głowie – “za dwa kilometry będzie już tylko dyszka do mety”. Po chwili był już 35. km. Kolejne minuty (i kolejny żel) i zostało 5. I nawet teraz ręce mi drżą, kiedy to piszę, bo wspomnienia z tego biegu z pewnością na długo pozostaną w moim sercu i związane są z mocnymi emocjami.

Banalnie to brzmi, ale wiedziałem, że nic mnie nie zatrzyma. Że żaden wiatr mnie nie zmęczy, że żaden deszcz mnie nie zwolni. Na mecie śmiałem się, że gdyby ktoś postawił mi na drodze betonowy mur, to bym go przebił i pobiegłbym dalej. 37, 38, 39… po drodze mijałem kolejnych biegaczy, którzy swoje siły w tych warunkach przecenili. Mijając ich nawoływaliśmy się wzajemnie “vamos, vamos”. Jednak ponowne wspólne utrzymanie tempa było już rzeczą niemożliwą. Tą końcówkę biegłem już sam. Szeroka dwupasmówka była zupełnie pusta. Gdzieniegdzie pochowani ludzie pod wiatami przystankowymi krzyczeli i dopingowali. Wzdłuż ulicy smagane wiatrem plątały się pozrywane taśmy wyznaczające trasę biegu.

Czy nie ma rzeczy niemożliwych? Oczywiście, że są.

Zbliżam się do swojego górnego pułapu i nigdy nie będę w stanie przebiec z zawodowymi biegaczami dłużej niż kilometr. Może półtora. Cieszę się, że doszedłem, a właściwie to dobiegłem do poziomu, w którym nie mam do pokonania bariery. Tak było z łamaniem trzech godzin. Pamiętam, że zdążyłem dobiec na metę, odebrać koszulkę, uzupełnić wszelkie płyny, odnaleźć w tłumie Marysię, a wielki zegar na bramie mety nadal nie rozpoczął odliczania kolejnej pełnej godziny. Pamiętam też pierwsze słowa, jakie wypowiedziałem do Marysi tuląc ją do siebie: “widziałaś to? Widziałaś co zrobiłem?” Jakbym sam nie mógł uwierzyć i potrzebował świadka.

I tak, jak już wspomniałem w pierwszych wrażeniach po biegu:

Treningi treningami, zawody zawodami, ale i tak najważniejsze jest to, do kogo się przybiega na mecie.


Tym, którzy dobrnęli do końca życzę na Nowy Rok wielu marzeń do spełnienia i wyzwań do pokonania – niekoniecznie biegowych. Każdy ma bowiem swoje pasje, w których się realizuje i stara się być coraz lepszym. Warto bowiem przekraczać swoje górne granice, a nie łapać się na dolne limity. Na to zawsze musi być czas.