sezon biegowy kończymy w Walencji

Nasz październikowy wyjazd do Walencji z założenia miał różnić się od wszystkich naszych podróży w tym roku.

Plan był taki, aby zrobić zapasy słońca i witaminy D przed jesienią i zimą w Krakowie. Wrzucić na luz i zwolnić*. Najzwyczajniej pomieszkać w Hiszpanii.

*wyjątkiem od tej nieśpieszności był start Michała w Valencia Half-Marathon, co można zobaczyć klikając w ramkę poniżej.

O wielu miejscach się mówi, że „każdy znajdzie coś dla siebie”.

W trzecim co do wielkości mieście hiszpańskim określanie to naprawdę ma swoje zastosowanie. Mamy Stare Miasto i zabytki pozostawione jeszcze z czasów dominacji arabskiej. Mamy przepiękny gotyk z Lonja de la Seda i katedrę, we wnętrzu której przechowywany jest Święty Graal. Tak, Święty Graal! Jest miasto przyszłości (La Ciudad de las Artes y las Ciencias), które wygląda jak scena z 5 elementu Luca Bessona. Zachwycająca i futurystyczna wizja szalonego architekta, w której główną rolę grają minimalizm, forma i kształt. Jest długa plaża wraz z promenadą oraz nieczynny tor F1. Nie można też pominąć ogromnego stadionu (Mestalla). Są też mniej turystyczne dzielnice, gdzie mieszkańcy wynoszą wieczorem przed bloki swoje krzesła i wspólnie grają flamenco.

W 1957 Walencję nawiedziła straszliwa powódź i kiedy Generał Franco podjął decyzję o odbudowie miasta, postanowiono zmienić bieg rzeki i skierować na obrzeża. Dzisiaj na mapie Walencji rzuca się w oczy zielona wstęga biegnąca przez sam jej środek. To stare koryto Turii zamienione na wielki park z dziesiątkami boisk i kilometrami ścieżek spacerowo-biegowych oraz rowerowych.Tego wszystkiego doświadczyliśmy mieszkając przez tydzień jak „autochtoni” i przemierzając nienerwowo miasto na rowerach Valenbisi (niech się schowa krakowskie Wavelo!) Niby nic takiego a jednak!

W naszych głowach zaczęła kiełkować natrętna myśl: „A może by tak… kiedyś… zamieszkać w Walencji na stałe?”