Cortina Trail – magnes, który ściągnął nas w Dolomity

​Wpisów z Dolomitów z pewnością będzie więcej niż jeden, bo nie wyobrażamy sobie nie podzielić się z Wami zdjęciami ukazującymi cudowność miejsc, które mieliśmy okazję uchwycić, a że nie było dnia, w którym nie przemierzalibyśmy szlaków, to zdjęć mamy setki. Proces postprodukcji i wyboru zatem równie długi, co samego ich zbierania na górskich ścieżkach wokół Cortiny.

Dolomity zaczynamy zatem od zawodów, póki emocje startu w Cortina Trail jeszcze świeże (czyt. lekko jeszcze pobolewa tu i ówdzie).

Rok temu pod Zugspitz otrzymałem lekcję, z której zadań do odrobienia było sporo <dla zainteresowanych o Zugspitze>.
Pierwsze zadanie: Serdeczny kolega i kompan biegowy pokazał mi któregoś dnia zdjęcie masywu w Dolomitach, po którego zobaczeniu zapytałem „co to jest? Kadr z filmu sci-fi o misji na Marsa?” W odpowiedzi usłyszałem „to są najpiękniejsze góry jakie widziałem. Są 1000 km od Krakowa i… można tam pojechać choćby w ramach trailowych zawodów”.

I tak zostało odrobione z Zugspitze zadanie pierwsze, a więc pojawić się pod Tre Cime di Lavaredo.

The North Face® Lavaredo Ultra Trail/Cortina Trail
The North Face® Lavaredo Ultra Trail

Kolejne zadania do odrobienia to cała masa wniosków z błędów z 2017 i startu w imprezie „większego” formatu. Za późno na starcie, zbyt spontaniczne podejście do profilu trasy i niewystarczające ogarnięcie punktów, złe odżywianie w trakcie biegu, itp.

Na Cortinie miało być inaczej.

Ech, Cortina d’Ampezzo. Nazwa, która brzmi w moich uszach porównywalnie z takimi zakątkami jak: Chamonix, Imlil czy Katmandu. Abstrakcyjnie (coraz mniej), przygodowo i aktywnie.

I choć Cortina nie jest miasteczkiem pocztówkowym, to urok swój ma, a i wieża stanowiąca punkt orientacyjny (a także jak się później okazało docelowe miejsce ukończenia biegu) w jakiś sposób nadaje klimatu, a ten potęgowany jest przez ludzi, którzy żyją sportem, uśmiechają się i kibicują wszystkim biegaczom.

Kilka tysięcy samych startujących też zmienia oblicze miasteczka. Na każdym kroku biegacze z różnych zakątków świata „reprezentujący” swoimi buffami i koszulkami zawody, w których już mieli okazję starować.

Sam bieg traktowałem w kategoriach przygody i wyzwania, a w obliczu przepięknych Dolomitów i spędzonego tam tygodnia i codziennego trekkingu z pewnością nie był to jakiś moment kumulacyjny. I dobrze, bo bieganie dla mnie jest i będzie w kategoriach „nienerwowe”, a bardziej się czuję osobą poprzez podróże poznającą świat. Zresztą jako OTLA biegamy tylko w połowie i nie ma sensu, aby start przyćmił całości. Zatem tylko hasłowo.

Na starcie The Ecstacy of Gold Ennio Morricone i od razu serce w gardle. Odpalamy zatem z YouTube i czytamy dalej.

Dokoła 1 600 osób gotowych na podobną przygodę, a przed nami szpaler ludzi po dwóch stronach głównego deptaka. Tak się to wszystko zaczyna.

Z tego pierwszego wrażenia otrząsnąłem się chyba około 15-tego kilometra po raz pierwszy zerkając na liczby wskazujące pokonany dystans. Do tego czasu patrzyłem tylko na tętno. Obiecałem sobie, że pewnych wartości nie przekroczę, żeby nie zapłacić za to w drugiej części biegu zbyt wysoką cenę (skąd my to znamy). Za moment pierwsza przełęcz (Col dei Bos) i zbieg na którym mam nadzieję spotkać Marysię. Obiecaliśmy sobie to dzień wcześniej podczas trekkingu w okolicach. Jedyna kwestia, która mogła nam przeszkodzić, to… setki aut na parkingach i mnóstwo kibiców podążających za biegaczami.

Trasa poprowadzona jest w ten sposób, że będąc mobilnym i chcąc poświęcić trochę czasu można się naprawdę dobrze zorganizować z supportem. Przed przełęczą „ogień” i tylko jeden przystanek na buziaka. Przełęcz Gallina (tuż poniżej 2 000 mnpm.) i zbieg tylko po to, aby stanąć w obliczu największego wyzwania i przewyższenia podczas całej trasy. Podejście pod Rifugio Averau (2 413 mnpm.) na szczęście poprzedzone buziakiem supportowym numer dwa.

Jestem już ponad lasem i ciężko o cień. Słońce dopala, a w głowie kiełkuje myśl kryzysowa, że „bogu jednak trzeba oddać, co boskie, a Pigmejowi, co pigmejskie” ;-). Marcin, który rok temu zajął fantastyczne trzecie miejsce namaścił mnie przed biegiem i mentalnie przygotował, a ja w tym momencie za nic w świecie nie jestem w stanie pozytywnie myśleć i ambitnie kontynuować wyzwania. Energia się kończy, potykam się o kamienie, przede mną „cholerne” Averau, a później jeszcze 20 km do mety. Nie ma szans. Chyba nie dziś.

Wdrapałem się na przełęcz, z której nie miałem nawet energii na zbieganie, a już z pewnością na podziwianie widoków i monumentalnych masywów Civetta czy Pelmo. Batony i czekolada już nie są w stanie dodać paliwa, a ja się mocno wzbraniam przed żelami (których zresztą nie mam, co tylko potęguje irytację). Cóż, teraz się już nie wrócę, więc krok za krokiem do mety. Pewnie jestem w okolicach trzysetnego miejsca i do tego słabnę. Trudno. Nie będzie pierwszej setki.

I wtedy właśnie, a właściwie to kilka kilometrów później dzieje się coś, co odmienia oblicze tego biegu. Na przełęczy Giau spod ziemi wyskoczył ktoś, kto widząc na moim numerze startowym „POL” w najbardziej dla mnie zrozumiałym języku zagadał w te właśnie słowa: „Hej, świetnie Ci idzie. Jak czegoś potrzebujesz, to bierz (i tutaj wskazał na stolik pełen łakoci, żelów i izotoników). Jesteś mniej więcej na 70  miejscu. Dobra robota. Wytrzymaj do mety. Będzie piękny wynik„.

Chwyciłem żela i obiecałem, że do mety utrzymam pozycję. Kilometrów ubywało, a ja przyspieszałem. Jeszcze jedna przełęcz, jeszcze jeden punkt i wąska ścieżka lasem w kierunku miasta. Do mety pozostawało kilkanaście kilometrów zbiegu i zdarzało się robić kilometry w tempie 4:30 min/km. Po chwili już miałem przed oczami miasteczko z charakterystyczną wieżą, a w głowie tylko jedną współrzędną z wirtualną chorągiewką w szachownicę.

Po 6 godzinach i 7 minutach pokonawszy 48 km w Dolomitach w ramach Cortina Trail przekroczyłem linię mety

i nawet udało mi się podskoczyć (można kliknąćGIFa powyżej ;-)) Przypłaciłem to co prawda lekkim zachwianiem przy lądowaniu, ale radości nie byłem w stanie ukryć. Zawody ukończyłem na 72. miejscu. Do domu wrócę z tarczą, ale zanim wrócę, to w kolejnych dniach wybiorę się na dolomickie szlaki. O czym w następnym wpisie.

Stay tuned..