2018 – ależ to był rok!

Nowy Rok już się rozpędził na dobre a my jeszcze nie podsumowaliśmy 2018! A warto na chwilę spojrzeć wstecz bo naprawdę wiele się działo.

W 12 miesięcy odwiedziliśmy 12 państw.

Od samego początku roku tliło się coś pięknego. Już pod koniec 2017 wiedzieliśmy o Norwegii i zorzy w lutym, o kwietniowym półmaratonie w Berlinie oraz o czerwcu, gdzie plan także naszkicowany był biegowymi zawodami – Lavaredo Ultra Trail. Wszystko zaczęło układać się tak, że w każdym miesiącu lądowaliśmy w innym kraju.

Zatem poniżej 12 miesięcy/12 państw w telegraficzno-fotograficznym skrócie

STYCZEŃ

W styczniu powoli zaczyna nam doskwierać zima. Dni krótkie, ciepła brak. W poszukiwaniu słońca i w ucieczce od śniegu kupujemy bilety na Maltę, gdzie oprócz promieni słonecznych, serwujemy sobie niezwykłą lekcję historii. Na skrawku lądu mniejszym niż Kraków zwiedzamy tajemnicze prehistoryczne Hypogeum, tropimy ślady Zakonu Maltańskiego i szukamy zagadkowych śladów wyrytych w skale, których pochodzenia nikt nie jest w stanie wytłumaczyć.

Zimą na Malcie wieje sirocco – silny wiatr znad Afryki. Ale widoki sprawiają, że jesteśmy w stanie znieść wiatr, który potrafi „doprowadzić do szału”.

Te ­kilka dni słońca muszę nam wystarczyć na dłużej. Za chwilę udajemy się w zupełnie przeciwnym kierunku!

LUTY

Luty rozbija bank! Lądujemy w Tromso za Kołem podbiegunowym, aby spełnić marzenia o zorzy polarnej. Jest to czas niesamowitego obcowania z dziką naturą.  O tej porze roku dzień trwa tu niecałe 6 godzin – wschód słońca płynnie przechodzi w zachód. Między jedną nocą a drugą (kiedy wpatrujemy się w niebo) przemierzamy nieprzetarte o tej porze roku szlaki w Alpach Lyngeńskich, podróżujemy wzdłuż wybrzeża… i szukamy muszli w śniegu na plaży przed domem 😉 A po kilku zarwanych nocach wreszcie oglądamy Ją – Jej Wysokość Aurora na pożegnanie tańczy nad naszymi głowami. Karty pamięci zapchane RAWami  do ostatniego kilobajta.

MARZEC

W marcu wyskakujemy na chwilę (dokładnie na jedną sobotę) do stolicy Madziarów. Po to, aby niespiesznie powłóczyć się nad Dunajem, zjeść langosza i podziwiać majestatyczną architekturę jednego z najpiękniejszych miast Europy.

KWIECIEŃ

W kwietniu też szybko. Raz, że Berlin od piątku do poniedziałku, a dwa że półmaraton w 1:18:54. Życiowy wynik na tym dystansie był planowany od kilku miesięcy. Planowany i wykuwany, bo samo się przecież nie zrobi.

Wrażenia w uczestniczeniu w biegu, w którym na trasie kibicuje ćwierć miliona ludzi raczej jest nieopisywalne. Musicie uwierzyć, że „niesie” i sami pobiec.

MAJ

Maj był sentymentalny. Jedziemy do Lwowa. Szwendamy się po mieście śladami komisarza Popielskiego i odkrywamy ślady z czasów, kiedy Lwów był polskim miastem.

Nasze miasto. Ich miasto. Historia nigdy nie jest czarno-biała.

CZERWIEC

Włochy zajmują szczególne miejsce w naszym sercu, podobnie jak góry. A WŁOSKIE GÓRY to już jakby pełnia szczęścia.

Spędzamy tydzień przemierzając Dolomity. Poziom epickości przekracza dopuszczalne normy. Ta przestrzeń to przede wszystkim zrealizowane marzenie o Tre Cime di Lavaredo. Nieziemski kadr uchwycony, noc w schronisku pod przepięknym masywem zaliczona.

Po Dolomitach już nic nie będzie takie samo.

LIPIEC

Ile arbuzów można zjeść w weekend? Wszystkie! Z tym wnioskiem wróciliśmy z przedłużonego weekendu w Czarnogórze.

Pełnię lata celebrujemy w Montenegro. Ten maleńki kraj mieści sobie wszystkie możliwe krajobrazy: najdalej na południe wysunięte fiordy, wijąca się niczym dopływ Amazonii Rijeka Crnjevica, maleńkie miasta przyklejone do wybrzeża, drogi pełne szalony serpentyn i góry!

SIERPIEŃ

W trybie awaryjnym, lekko nawet zmęczonym i w świadomości jednak nieodpuszczania realizacja założonego planu przemierzamy szlaki w słowackiej części Tatr Zachodnich. Jest naprawdę pięknie i momentami całkiem ciężko. Łańcuchy i przepaście długo będą się śnić po nocach.

WRZESIEŃ

This is S…. Scotland! Ojczyzna Williama Wallace’a prezentuje nam się w całej swej okazałości. W 3 dni przemierzamy ponad 1000 km a poziom epickości przekracza dopuszczalne normy. Bajkowe krajobrazy zasnute mgłą i  podlane hektolitrami ulewnego deszczu sprawiają, że Szkocja plasuje się wysoko w rankingu na najlepszy wyjazd roku.

PAŹDZIERNIK

Wpadamy na chwilę (24h) do Paryża. Bijemy rekordy pod względem ilości pochłoniętych kalorii i przemierzamy miasto artystów. Niestety bilans kalorii pochłoniętych (głownie w postaci sera i bagietek) oraz spalonych (na schodach Montmarte) wypada zdecydowanie na naszą niekorzyść 😉

LISTOPAD

Do listopada czas odliczany był już od wakacji. Nie tylko ze względu na absolutny unikat, ale ze względu na przygotowania do maratonu, który zaplanowany był w… Porto.

Na początku lądujemy w Lizbonie. Snujemy się po ulicach objadając się pasteis de nata i łapczywie łapiąc słońce, którego w Polsce już jest mało. Chwilę później wysiadamy w Porto, które skrada nasze serca. W ostatnim dniu maraton w deszczu, ale o tym już było [link tutaj], więc szkoda zanudzać.

GRUDZIEŃ

Last but not least. Na tą podróż czekaliśmy kilka miesięcy.  Na koniec roku zostawiliśmy sobie wisienkę na torcie, prawdziwą ucztę. Jordania zauroczyła nas w każdym, najmniejszym nawet kawałku. Zachwycająca natura, kosmiczne kadry zarówno na pustyni Wadi Rum, jak również w najniżej położonym suchym punkcie na Ziemi przy Morzu Martwym i jego zasolonych plażach. Zachwycające dziedzictwo z zabytkami, które były świadkami Aleksandra Macedońskiego, Mojżesza czy Heroda oraz Jordańczycy pełni otwartości i życzliwości.

Co przyniesie 2019? Mamy nadzieję, że będzie równie wyjątkowy. W głowie rodzi się już wiele planów